Jestem narzędziem – Volkswagen Passat

27 czerwca 2017

Nie wiem czy kiedykolwiek o tym wspominałem, ale nie darzę Volkswagena specjalną sympatią. Poza tradycyjnymi zarzutami o generalnie nudnych samochodach i ich całkowicie neutralnym dizajnie, moja największa krytyka dotyczy skutecznego sprowadzenia faktu posiadania i prowadzenia samochodu do serii tabelek w Excelu. Tak właśnie myślę w okresach, gdy Volkswagenami nie jeżdżę. Ponieważ jak tylko wsiadam do Das Auto uderza mnie jedno – do tak nijakiego i beznamiętnego, choć, przyznaję, efektywnego narzędzia nie da się wykształcić jakichkolwiek uczuć. Dlatego dzisiaj zastanowimy się dlaczego to się jednak Niemcom udaje – a za przykład posłuży srebrny sedan. Oto Volkswagen Passat.

source url

Fikuśny, frywolny, ekscentryczny, ekstrawagancki, wymyślny, wyszukany. To tylko niektóre z całej gromadki przymiotników, które nam się dzisiaj nie przydadzą. W tym miejscu najbardziej pasowałoby napisać, że koń jaki jest, każdy widzi, ale to byłoby pójście na łatwiznę. Rzeczywiście, Passaty są częścią naszego krajobrazu, choć ze swoją nienachalną stylistyką są raczej tłem niż obiektem pierwszoplanowym. Volkswagen ma w dodatku wyraźny fetysz na punkcie lamp, co stosunkowo ułatwia kwestię opisywania wyglądu jego modeli. Z przodu najnowocześniejsze światła ledowe, z tyłu nowatorskie organiczne ledy o niespotykanej homogeniczności, a pomiędzy właściwie nic się nie dzieje. Ot, i cały Passat. Żeby te lampy miały jeszcze jakiś ciekawy kształt, ale nie, to już by była przesada. Cały samochód wygląda jakby projektanci często posiłkowali się linijką. Spójrzcie na Mazdę 6 z profilu. Mamy piękny łuk nad przednim kołem, który potem gładko znika w płaszczyźnie drzwi, podczas gdy kolejna linia wynurza się pod oknem, tworząc ładne biodro nad tylnym kołem. A Volkswagen? No, w Passacie jest krecha. I przetłoczenie na dole, żeby się nie wydawał za ciężki. To jest walka z dizajnem, a nie projektowanie dla osiągnięcia miłego efektu. Z tyłu identyczny zabieg – zero polotu na pokrywie bagażnika, tylko światła. Niżej nisza na tablicę, a na samym dole powtórka z podcięcia, bo to wygląda odrobinę lepiej niż gładka płaszczyzna.

Najgorsze wcale nie jest to, że Volkswagen narysował ósmą generację Passata w ten sposób, ponieważ na każdego wielbiciela krągłości Mazdy znajdzie się dwóch konserwatystów, którym te proste linie przypadną do gustu. To jest jasne, nie ma jeszcze zakazu bycia stylistycznym impotentem. Wyrachowanie Niemców polega na tym, że Passata zaprojektowano tak, by nie podobał się jak najmniejszej liczbie osób. Ten samochód nie jest brzydki. I o to chodziło. Poza tym wydaje mi się, że popełniamy błąd nazywając Passata samochodem – to jest narzędzie do transportu. Tak jak wkrętarka Boscha ma posłużyć do zmontowania kuchni z Ikei, tak Passat ma cię zawieść do biura, do Lidla i do Władysławowa.

Żyjemy w czasach gdy montowanie silnika o pojemności 1.4 do niemal pięciometrowego pojazdu nie powoduje już ogólnoświatowych protestów. Częściowo dlatego, że motor tej wielkości ma teraz 150 koni i 250 niutonometrów momentu, Passata do setki rozpędza w osiem i pół sekundy i generalnie radzi sobie raczej dobrze. To powiedziawszy, ten silnik to klasyczny przykład benzynowego symulatora diesla. Ciągnie od najniższych obrotów, w górnej partii słabnie, a powyżej sześciu tysięcy już nic się nie dzieje. Miło, jeśli jesteś testerem badającym zgodność z najnowszą normą emisji spalin. Miło, jeśli jesteś przyzwyczajony do diesli. Mniej miło, jeśli wybrałeś benzynę, bo lubisz inną charakterystykę pracy silnika. Ten w dodatku ma system odłączania połowy cylindrów, choć skłamałbym pisząc, że działa niewyczuwalnie. Co z kolei można zapisać na plus, bo poza tym nie ma w nim nic ciekawego – brzmi wyjątkowo drętwo, a z postępem obrotów rośnie tylko poziom hałasu.

Manualna skrzynia to w tej klasie samochodów powoli rzadkość, choć ta w Passacie działa jak wszystko w Volkswagenie – cicho, sprawnie, w miarę pewnie i bez wysiłku. To samo można powiedzieć o układzie kierowniczym. Kierownica sprawia wrażenie kompletnie oderwanej od tego co dzieje się z przednimi kołami, za to kręci się wyjątkowo łatwo i bez oporu, co z pewnością docenią fani używania telefonów w czasie jazdy. Z drugiej zaś strony, kierownicą kręci się lekko bo to lekki samochód. Bez dwusprzęgłowego automatu, bez napędu na cztery koła, w końcu bez ciężkiego diesla Passat w tej konfiguracji waży niecałe 1380 kilo. Efekt jest taki, że świetnie reaguje na zmiany kierunku, a nawet ciasne zakręty nie robią na nim wrażenia. Oczywiście jak na niemiecki samochód dla ludu przystało, jeśli przesadzisz, to będzie podsterowny. Ale też wystarczy ująć nieco gazu, by dociążyć tył i zachęcić masę do skrętu. Ta zwinność to bodaj największe zaskoczenie z mojego jeżdżenia Das Auto.

Na koniec tym razem zostawiłem sobie wnętrze i wcale nie dlatego, że jest wyjątkowo mocnym czy słabym punktem tego samochodu, nic z tych rzeczy, ale o tym później. Stylistycznie jest tak jak na zewnątrz, czyli festiwal prostych kształtów i symetrii. Znajdziemy szczotkowane aluminium, które może stało przy szczotce, ale na pewno nie przy aluminium. Znajdziemy też skórę, która jest jedynym prawdziwie ekologicznym elementem Passata. Co najważniejsze, po środku znajdziemy ekran. I tu mała dygresja. Jak to jest, że najwięksi producenci samochodów są w stanie wymyślać, testować i wprowadzać do użytku najbardziej zaawansowane podzespoły mechaniczne, systemy bezpieczeństwa i autopiloty będące forpocztą samochodów autonomicznych, ale gdy tylko przychodzi do kwestii ekranu multimedialnego zdają się na coś, co Alcatel produkował siedem lat temu. I co już wtedy było niezłym szmelcem, w końcu Alcatel. Jest to dla mnie kompletnie niezrozumiałe, ale pewnie stąd biorą się mariaże takie jak ten Volvo z Applem. A Volkswagen w najnowszej generacji swoich samochodów wreszcie pojął co i jak. Używanie dotykowego wyświetlacza w Passacie nie przypomina wizyty w muzeum techniki, kolejne strony menu ładują się błyskawicznie, a na szatę graficzną poświęcono co najmniej tyle samo czasu co na wygląd całego samochodu. Brawo.

Niestety w tym miejscu przechodzimy do mojego najpoważniejszego zarzutu wobec tego samochodu i Volkswagena w ogóle. Otóż produkty sprzedawane przez tę firmę uderzają w naszą percepcję w bardzo celowy sposób, nie tyle obnażając co wykorzystując nasze słabości. Volkswagen korzysta z tego, że jesteśmy wzrokowcami i jeśli tylko coś wygląda dobrze na pierwszy rzut oka, to właściwie nieważne co kryje się wewnątrz. Plastik ma być miły w dotyku, a że jego wytworzenie kosztowało tyle, że trzeba było oszczędzić na odlewie głowicy, to już zbyt skomplikowane zmartwienie. Docenić to co niewidoczne jest trudniej. A jeszcze trzeba byłoby wiedzieć to i owo o samochodach.

No, to sobie ponarzekałem. Koniec końców, Passat w tej wersji jest dobrze jeżdżącym, przyjemnym w obyciu i względnie rozsądnym wyborem, a moje zarzuty mimo, że dotyczą tego modelu, to nie zostały sformułowane tylko na jego podstawie. Pewne jest jedno – nie ma drugiego tak słabo zapadającego w pamięć samochodu, a pisanie tego tekstu było istnym ćwiczeniem z przywoływania wspomnień.

R4 1.4 turbobenzyna
150km / 250Nm
v-max 220km/h
0-100 8.4 sek.
1380 kg
spalanie: 7,8l / 100km
ok. 116 000 zł

zdjęcia © PodCiąg

 

1 Komentarz

  1. A ja się kompletnie nie zgodzę. O ile estetyka to kwestia indywidualna i tu ciężko dyskutować, o tyle nie zgodzę się, że nowy pasek jeździ źle. OK, o silniku się nie będę wypowiadać, bo jeździłem 2,0TDI, więc trochę innym, ale prowadzenie było dla mnie bardzo przyjemny. Wystarczająco miękkie, żeby zębów nie wybijać, ale jednocześnie na tyle sztywne, żeby samochód zachowywał się na drodze pewnie. Porównaj to sobie np. z bujającymi fordami.
    I funkcjonalnie VW po prostu robi ergonomiczne i wygodne samochody, a co ma działać – działa. (patrz np. rozpoznawanie znaków drogowych, które u VW działa i rozumie, że ograniczenie prędkości obowiązuje do najbliższego skrzyżowania; nie jak u Toyoty, która potrafi przez dwa kilometry na ekspresówce pokazywać 70, bo taki znak stał przed światłami).

     

Wyślij komentarz